Uczelnia Warszawska im. Marii Skłodowskiej-Curie

  


Indie

Wspomnienia z podróży do Indii wrzesień 2007

INDIE to kraj blisko dwukrotnie ludniejszy niż Europa (1,13 mld mieszkańców), który cechują olbrzymie kontrasty jakich na starym kontynencie nie sposób znaleźć. W slumsach żyje ponad 10% mieszkańców, lecz nie brak też pełnych wschodniego przepychu pałaców i bajecznie luksusowych hoteli.

Indie, mające powierzchnię 3,3 mln km2 (około ½ powierzchni Europy bez części należącej do Rosji), cechuje także niezwykła różnorodność krajobrazowa. Na północy najpotężniejsze góry świata Karakorum, Himalaje i Mały Tybet, potem ku południowi doliny wielkich rzek, tereny pustynne, płaskowyż Dekan, zajmujący centralną część półwyspu Indyjskiego, ograniczony od wschodu i zachodu pasmami górskimi Ghatów Wschodnich i Zachodnich, lasy podzwrotnikowe i namorzynowe, niższe masywy górskie tonące w zieleni pól herbacianych, rozległe pola ryżowe, plantacje drzew bananowych i kauczukowych, wielkie rozlewiska rzek i sielskie plaże wybrzeża Morza Arabskiego (Wybrzeże Malabarskie), Oceanu Indyjskiego i Zatoki Bengalskiej.

Nabrzmiałym problemem Indii są wielkie różnice społeczne i demograficzne. Jednak w odróżnieniu od Chin, borykających się z podobnymi problemami, Indie są krajem demokratycznym, co – o ironio – utrudnia rozwiązywanie tych problemów. Strukturę demograficzną Indii charakteryzuje duży odsetek dzieci i młodzieży. Uczniowie wyróżniają się swoim wyglądem, gdyż powszechne jest noszenie jednakowych, właściwych dla każdej szkoły, schludnych strojów. Widok dzieci w tych strojach na tle ubóstwa ich domostw stanowi nad wyraz wzruszające, niezapomniane doznanie. We współczesnych Indiach kładzie się ogromny nacisk na rozwój oświaty. Dostrzega się w tym procesie szansę poprawy wykształcenia społeczeństwa, co jest niezmiernie istotne dla dynamicznie rozwijającej się gospodarki. Z drugiej strony wzrost udziału dziewcząt uczących się jest jednym ze sposobów ograniczenia przyrostu naturalnego, który ciągle jest bardzo wysoki i w niedalekiej przyszłości sprawi, że Indie staną się najludniejszym krajem świata. Znaczący postęp w rozwoju edukacji sprawia iż szybko rozrasta się grono wysoko wykwalifikowanych specjalistów, zwłaszcza w dziedzinie informatyki, którzy przyczynili się do powstania na południu kraju wielkiej technopolii (Bangalore), zwanej indyjską doliną krzemową. Rozrastająca się rzesza fachowców o niewygórowanych oczekiwaniach płacowych, dość powszechna znajomość języka angielskiego (w większości jednak na poziomie podstawowym), a także olbrzymi potencjał rynku, przyciągają inwestycje globalnych koncernów i instytucji finansowych, w efekcie czego w niedalekiej przyszłości Indie staną się zapewne trzecią potęgą gospodarczą świata.
Żeby poznać, a tym bardziej zrozumieć Indie potrzeba lat. W trakcie trzytygodniowej podróży można się jedynie w tym przekonaniu utwierdzić. Można ten wielobarwny kraj, pełen kontrastów i tajemnic polubić na tyle by marzyć o jego ponownym odwiedzeniu i głębszym poznaniu, ale także można czuć się zmęczonym nadmiarem wrażeń i tak daleką odmiennością kultury, aby podróż uznać za ekscytującą i poznawczo przebogatą, lecz nie skłaniającą do pogłębiania eksploracji. Wysoka temperatura powietrza i doznań jest gwarantowana, a odbiór zależy od tego co komu w duszy gra.

Podróż realizowaliśmy w cztery osoby w okresie od 15 wrześnie do 3 października, który przypada na koniec pory monsunowej, a turystycznie zalicza się jeszcze do niskiego sezonu. W tym czasie pogoda jest już zupełnie przyjazna – opady łagodne, a temperatura znośna. Natomiast ceny w obiektach turystycznych bywają w tym okresie o 50 – 60% niższe od cen wysokiego sezonu, dzięki czemu śmielej można sobie pozwolić na odrobinę luksusu.
Wojażowanie rozpoczęliśmy od Delhi i Agry, by następnie wewnętrznymi liniami lotniczymi udać się na samo południe kraju do stanu Kerala, gdzie przez tydzień podróżowaliśmy wynajętym samochodem (na tym etapie do grupy przybyła jeszcze jedna osoba). Podróż do Bangalore oraz na koniec do Mumbaju (dawniej Bombaj) odbyliśmy również samolotem. Trzeba podkreślić, że jeśli chce się pokonywać w Indiach duże odległości (np. Delhi – Trivandum to 3 tys. km, Bangalore – Mumabai to 1 tys. km) to samolot jest pierwszorzędnym rozwiązaniem, gdyż na terenie tego kraju działa wielu tanich przewoźników, dysponujących nowoczesną flotą i doskonałą organizacją. Ten rodzaj transportu odbiega w Indiach pod względem komfortu o lata świetlne od komunikacji kolejowej lub autobusowej, która najczęściej oferuje warunki trudne do wyobrażenia dla mięczaków rozpaskudzonych lekkością bytu w krajach wysoko rozwiniętych. Z pociągu korzystaliśmy tylko raz podróżując na trasie Bangalore - Hampi (600 km). Wszystkie noclegi, przejazdy i przeloty zarezerwowaliśmy w kraju via internet. Dla indywidualnych turystów i grup przyjaciół to fantastyczny sposób planowania i organizacji podróży, szczególnie gdy celem wycieczki jest kraj egzotyczny o zupełnie odmiennych zwyczajach, a plan turystyczny jest mocno napięty.
DELHI - Jako stolica tak dużego kraju zaskakuje swym wyglądem pod każdym względem. Już opuszczając samolot na lotnisku w Delhi doznaje się potrójnego szoku - termicznego, kulturowego, sanitarnego. Bez jakiejkolwiek wstępnej aklimatyzacji trafia się prosto w oko cyklonu wywołanego ruchem milionów ludzi, czemu towarzyszy hałaśliwa kakofonia dźwięków i ostrych zapachów. Wszystkie ludzkie zmysły natychmiast przechodzą ze stanu czuwania w stan najwyższego pobudzenia. Kto tego nie lubi lub się tego boi powinien raczej omijać ten kraj.
Ruch uliczny jest niewyobrażalny pod względem natężenia, chaosu i hałasu wywołanego powszechnym używaniem klaksonu. Wygodnym dla turystów środkiem lokomocji są motoriksze tzw. tuk-tuki, które ze względu na małe wymiary i zwrotność nieźle radzą sobie w korkach. Stan sanitarny i techniczny większości ulic budzi zgrozę. Chodniki, i to bardzo kiepskie, należą do rzadkości. Na każdym kroku walają się sterty gruzu i rozmaitych śmieci nie znajdujących praktycznego zastosowania (to co może być użyte w gospodarstwie zbierane jest przez biedotę, pozostałe odpadki dające się skonsumować wyjadane są przez zwierzęta, a resztą nie interesuje się nikt – nie widzieliśmy żadnej śmieciarki w działaniu, ale jak twierdzą miejscowi podobno takowe istnieją. Natomiast przyznać trzeba, że mieszkańcy bardzo dbają o higienę osobistą. Miasto pełne jest świętych krów, wołów, a spotkanie słonia na ulicy też specjalnie nie dziwi.
Z turystycznego punktu widzenia Delhi nie stanowi nadzwyczajnej atrakcji, natomiast ze względu na doskonałe połączenia komunikacyjne ze światem i resztą kraju oraz przebogatą ofertę hotelową, gastronomiczną i handlową jest bez wątpienia bardzo dogodną bazą wypadową. Dla nas głównym powodem rozpoczęcia wyprawy od Delhi był zamiar ujrzenia w naturze jednego z siedmiu architektonicznych cudów świata – Taj Mahal, położonego w Agrze, odległej o 190 km od stolicy Indii. Z turystycznej oferty Delhi wybraliśmy do obejrzenia w ciągu jednego dnia: Raj Gath – miejsce kremacji Ghandiego, Muzeum Mahatmy, Red Fort – będący obecnie siedzibą wojska i w małym stopniu udostępniony zwiedzaniu, Jama Masjid – największy meczet w Indiach, Baha’i Temple – Świątynię Lotosu – współczesną budowlę będącą miejscem medytacji wyznawców wszelkiej wiary, łuk triumfalny India Gate, Rajpath - Aleja Republiki wraz z Parlamentem (Sansad Bhavan), Rezydencję Prezydenta (Rashatrapati Bhavan) oraz położony poza miastem kompleks Qutb Minar z najwyższym na świecie minaretem z cegieł (73 m), którego budowę rozpoczęto w XII a ukończono w XV w. (od 1993 r. figuruje na Liście Światowego dziedzictwa UNESCO). Delhi jest mekką zakupów, a więc kolejny dzień przeznaczyliśmy na ten cel odwiedzając bez mała setkę sklepików na handlowej ulicy Janpath w pobliżu centralnego placu Connaught Place oraz w dzielnicy Paharganji, będącej turystycznym gettem o specyficznie indyjskim kolorycie i atmosferze, dawniej kultowym miejscem członków subkultury dzieci kwiatów. Biesiadując kilkakrotnie w przyjemnej knajpce Metropolis na Paharganji, odwiedzanej głównie przez przyjezdnych, zaobserwowaliśmy nowe jak się wydaje zjawisko socjologiczne, potwierdzone podczas dalszych wojaży po Indiach, że wśród turystów indywidualnych przeważają kobiety. Może warto to spostrzeżenie poddać głębszej analizie, pamiętając wszelako, że eskapada nasza odbywała się w okresie przedsezonowym, a więc nie koniecznie reprezentatywnym.
AGRA. Wycieczkę do Agry, podobnie jak cititour po Delhi zrealizowaliśmy wynajętym samochodem z kierowcą. Podróż w jedną stronę trwa prawie 4 godziny daje jednak możliwość pewnego „otarcia się” o indyjski interior. Rezygnując z walorów poznawczych podróży można tę samą drogę pokonać w 2 godz. szybkim i komfortowym, jak na warunki indyjskie, pociągiem Shathabdi Express.
Zasadniczym celem było obejrzenie jednego z 7 cudów świata – Taj Mahal („korona wśród pałaców”), mauzoleum wzniesionego w XVII w., nad rzeką Jamuną, przez Szahdżehana (Król Świata) z dynastii Mogołów, po śmierci ukochanej żony Mumtaz Mahal („Wybranka Pałacu”), która zmarła w wieku 36 lat przy porodzie 14 dziecka. Obiekt, wykonany z białego marmuru, rzeczywiście robi absolutnie oszałamiające wrażenie. Marmur skrzy się w słońcu na tle błękitnego nieba. Główna fasada odbija się w kanale wodnym ciągnącym się, poprzez ogród perski, od bramy głównej, symbolizującej wrota raju, ku mauzoleum. Zasadnicza budowla, o ponad 30 metrowej fasadzie, zwieńczona jest wielką kopułą w kształcie cebuli (sklepienie charakterystyczne dla architektury islamu) i jest osadzona na kwadratowej, podwójnej platformie (dolna z czerwonego piaskowca, górna z białego marmuru), w której rogach wznoszą się cztery 41-metrowe minarety jako wieże strażnicze. Fasadę i ściany wewnętrzne zdobią inkrustacje, w formie ornamentów kwiatowych, wykonanych z różnobarwnych kamieni półszlachetnych lub ornamentów kaligraficznych z czarnego marmuru, układających się w wersety z Koranu. Nie sposób opisać piękna tej budowli, bowiem tkwi ono nie tyle w urodzie pojedynczych detali ile w doskonałej symetrii wszystkich elementów architektury i harmonii z otaczającą przyrodą. W różnych porach dnia, zależnie od natężenia i kąta padania promieni słonecznych budowla przybiera różne barwy. Właściwość tę obserwowaliśmy gdy nieliczne obłoki na niebie na krótkie momenty, mniej lub bardziej skutecznie, przysłaniały słońce.
Jedynym mankamentem pobytu w Agrze był obezwładniający upał. Warto również wspomnieć, że indyjskim zwyczajem jest, pobieranie od turystów zagranicznych opłat za wstęp do obiektów klasy zerowej, w wysokości wielokrotnie przewyższającej opłaty wnoszone przez krajowców. Na przykład w Taj Mahal relacja ta wynosi 1000 do 20.
Drugim obiektem wartym zwiedzenia w Agrze jest Red Fort (Lal Quila – w 1983 r. wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO), wybudowany w XVI w. przez cesarza Akbara, w związku z przeniesieniem przez niego stolicy państwa Mogołów do tej miejscowości. Fort otoczony jest imponującymi podwójnymi murami o wysokości ponad 20 m i długości2,5 km. Zarówno mury jak i większość obiektów wewnątrz wykonano z czerwonego piaskowca, choć nie brak imponujących budowli wykonanych z marmuru. Z Red Fortu rozciąga się wspaniały widok na Taj Mahal wkomponowany w dolinę rzeki Jamuny. Choćby przez wzgląd na ten widok obiekt wart jest odwiedzenia. Z ośmiobocznej wieży Musamman Buri widok ten codziennie, przez siedem lat aż do śmierci, towarzyszył Szach Dżachanowi uwięzionemu tam przez syna, który odebrał mu władzę.
W wielu programach imprez turystycznych wycieczkę do Agry wzbogaca się o zwiedzanie, odległego o 37 km, Fatehpur Sikri – umarłego miasta (w 1986 r. wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO). Miasto wzniesione zostało przez cesarza Akbara i przez krótki okres stanowiło stolicę państwa Mogołów. Ze względu na oddalenie od źródła wody żywot tego miasta był bardzo krótki.

POOVAR. Z usytuowanego na północy Indii Delhi przelecieliśmy do położonego na południu Trivandrum, stolicy zielonej i bogatej Kerali. Tu czekał na nas wynajęty samochód, który przez siedem dni był naszym środkiem lokomocji w podróży po tej wspaniałej prowincji. Zaczęła się ona od dwudniowego wypoczynku na plaży w Poovar nieopodal Kovalam. Ostatni odcinek drogi do luksusowego ośrodka Estuary Island Resort odbyliśmy motorówką po rozlewiskach rzecznych, których nadbrzeża porastają mangrowce. Doskonałe warunki bioklimatyczne sprawiają, że roślinność jest tutaj niezmiernie bujna. Od plaży nad brzegiem oceanu oddzielały nasz ośrodek wody rozlewiska i aby się tam dostać trzeba było odbyć 5-cio minutową podróż łódką. Jednak kąpiel w wodzie oceanu nie była możliwa ze względu na olbrzymią falę, więc pod tym względem zadowolić nas musiał hotelowy basen w bajecznej scenerii gaju palmowego. Wieczorem poddaliśmy się relaksacyjnym zabiegom medycyny ajurwedyjskiej z której słynie Kerala. Ajurweda to wedyjska sztuka naturalnego uzdrawiania licząca ponad 5000 lat, której jednym z rodzajów terapii jest masaż „w głębokim tłuszczu”, tzn. z użyciem wielkich ilości oleju, przy dźwiękach gongu. Trudno po jednym zabiegu ocenić jego uzdrawiającą moc, natomiast orzec można iż na pewno obniża poziom gotówki w portfelu.
BACKWATERS. Następny etap podróży to rejs drewnianą łodzią motorową – houseboat – po Backwaters. Jest to gęsta sieć rozlewisk rozciągających się wzdłuż brzegu Morza Arabskiego, pomiędzy Cochin a Kollam, utworzona przez rzeki, jeziora, laguny i sztuczne kanały, porośnięta na brzegach bujną tropikalną roślinnością. Szlak ten stanowi jedną z największych atrakcji turystycznych Kerali. W Alleppey wyczarterowaliśmy luksusowy houseboat z dwoma klimatyzowanymi kajutami i pokładem widokowym, pełniącym jednocześnie rolę jadalni, pod wspaniałym wiklinowym baldachimem. Ponoć łodzie takie wykonane są z drewna drzew bochenkowych. Obsługę nawigacyjną i gastronomiczną stanowiło siedmioosobowa załoga. Na łodzi spędziliśmy całą dobę przemierzając spokojne wody rozlewisk. Początkowo płynęliśmy po wielkim jeziorze Vanbanad, a później przesiedliśmy się do mniejszej łódki wiosłowej by móc przemierzać wąskie kanały. Ludność miejscowa żyje tu, gęsto stłoczona, na groblach niewielkiej szerokości, mieszkając w bardzo prymitywnych domkach. Wycieczka daje okazję przyjrzenia się codziennemu ich życiu w tych trudnych warunkach. Mieliśmy więc okazję przekonać się, że staranne ablucje, pranie i zmywanie naczyń są czynnościami powszechnie wykonywanymi. Szczególnej pielęgnacji poddawane są przez wszystkich zęby o niespotykanej bieli. Podobnie jak w innych miejscach tak i tutaj byliśmy pod wrażeniem uczniów udających się do lub powracających ze szkoły, o radosnych twarzach i wielce zadbanym wyglądzie, w schludnych mundurkach z olbrzymimi plecakami. Ci którzy oddzieleni są od szkoły wodą dowożeni są łódkami. Podczas tej wodnej podróży mieliśmy okazję widzieć kilka szkół. Choć miejscowa ludność żyje przede wszystkim z uprawy ryżu to niestety na nielicznych tylko polach zieleniły się jego pędy. Większość pól została zatopiona podczas tegorocznej, szczególnie dotkliwej powodzi i dopiero za pół roku będą nadawały się pod uprawę. Pętlę rejsu zamknęliśmy w miejscu startu czyli w Alleppey (Alappuzha), skąd samochodem udaliśmy się w góry Ghaty Zachodnie.
THEKKADY Po wielogodzinnej podróży samochodem który, piął się coraz wyżej na Wzgórza Kardamonowe (Cardamom Hills – południowe pasmo Ghattów Zachodnich), mijając plantacje kauczukowców, ananasów, kardamonu, pieprzu, muszkatałowca, herbaty i kawy z drzewkami eukaliptusowymi i pnącymi się po nich krzakami pieprzu, a także zwiedzając lokalną fabryczkę herbaty Connara (dokładniej – manufakturę), dotarliśmy do Parku Narodowego Periyar. Tu czekało nas szczególnego rodzaju safari – podróż stateczkiem po sztucznym jeziorze Periyar w głąb tropikalnej puszczy, w nadziei na bliskie spotkanie z dzikimi słoniami, u wodopoju tuż przed zmierzchem. Niestety pogoda nie dopisała i wkrótce po wypłynięciu dopadła nas iście monsunowa ulewa, która również zniechęciła zwierzęta do opuszczenia swych kryjówek. Udało nam się zobaczyć tylko stadko endemicznych kozic – Nilgiril Thar. Pod wieczór dotarliśmy do hotelu pamiętającego czasy kolonialne w miejscowości letniskowej Thekkady. Aby powetować sobie niepowodzenie naszego safari udaliśmy się na mały shopping w okolicznych sklepikach oferujących różne przyprawy, miejscowo wyprodukowaną herbatę, olejek eukaliptusowy, zielony kardamon, różnobarwny pieprz, laski wanilii i orzechy oraz rozmaite ciuszki.
MUNNAR. O świcie zwiedziliśmy ogród przypraw (Spice Garden), po czym drogą górską, wąską i kretą, dostarczającą ekscytujących wrażeń lokomocyjnych a jednocześnie nadzwyczaj malowniczą widokowo, wyruszyliśmy do Munnar. Jest to urokliwe miasteczko położone najwyżej w Ghatach Zachodnich (1800 m n.p.m.), otoczone wokół wzgórzami pokrytymi plantacjami krzewów herbacianych. Ich widok jest tak bajeczny, iż sam w sobie jest celem podróży do Munnar. Warto podkreślić, że przebywając w niewysokich w sumie górach, w strefie bogatej jeszcze roślinności, odczuwa się przyjemny chłód mimo bliskości równika (strefa szerokości geograficznej 10o). Pobyt w Munnar i Thekkady dał wyraźne wytchnienie od tropikalnych upałów. Innym ciekawym spostrzeżeniem, którym warto się podzielić jest, że wszystkie plantacje i fabryki herbaty w rejonie, a także większość w Indiach, należy do prywatnego holdingu Tata, założonego przed 138 laty. Jest on symbolem przemysłu indyjskiego. „Hindusi doprawiają potrawy solą Tatów, piją wodę z należących do nich źródeł i herbatę z jego plantacji, chłodzą pomieszczenia jego klimatyzatorami i rozmawiają przez telefon, korzystając z sieci Taty, jeżdżą rikszami i samochodami zjeżdżającymi z taśm w ich fabrykach, korzystają z energii produkowanej przez holding, a indyjska administracja używa oprogramowania wyprodukowanego przez informatyków Taty, zaś turyści śpią w hotelach Taty” (Rzeczpospolita 27.10.2006). Mimo wielkiej skali i szerokiego spektrum działalności w branżach o dużej rentowności, a także olbrzymiej popularności marki, która jest swoistą wizytówką przemysłu indyjskiego, aktualny właściciel firmy Ratan Tata nie jest bynajmniej najbogatszym Hindusem. Znacznie wyprzedzają go Mukesh Ambani, od niedawna najbogatszy człowiek świata oraz klasyfikowany na piątym miejscu na świecie, potentat stalowy, Lakszmi Mittal).
KOCZI (Cochin) Malownicza droga z Munnar do Koczi początkowo przebiega wśród ogrodów herbacianych, a dalej urozmaicona jest występowaniem licznych wodospadów. Kochi, największe miasto Kerali, stanowi naturalny port położony na kilku wyspach i półwyspie, dzięki czemu od dawien dawna rozwijało się jako centrum handlu z Chinami, Portugalią, Holandią, Imperium Brytyjskim i państwami arabskimi. Najstarszą, zabytkową częścią miasta, z dobrze zachowaną zabudową kolonialną jest Fort Cochin. Szczególnie warte obejrzenia są: Pałac Matancherry (Holenderski) z najpiękniejszymi w Indiach ściennymi freskami, żydowska synagoga z XVI w. – ślad po niegdysiejszej diasporze, Kościół św. Franciszka w którym pochowany jest odkrywca drogi do Indii – Vasco da Gama, no i oczywiście chińskie sieci rybackie, które stały się prawdziwą wizytówką miasta, obowiązkowo umieszczaną na pocztówkach i w folderach. W porze rannej można obserwować połowy przy użyciu tych sieci, zaopatrzonych w prymitywny system wyciągowy. Wrażenie psują sterty śmieci otaczające to miejsce. Korzystając z taryfy przedsezonowej zafundowaliśmy sobie kwaterę w zabytkowym, usytuowanym nad brzegiem i urządzonym z wyrafinowanym smakiem hotelu Brunton Boatyard. O zachodzie słońca odbyliśmy godzinny rejs stateczkiem hotelowym w kierunku portu, nowoczesnej części miasta Ernakulam, pozostałości murów obronnych fortu oraz osad rybackich rozlokowanych na mniejszych wysepkach. Na wieczorną biesiadę udaliśmy się do jednej z licznych knajpek serwujących owoce morza. Uczta nie była zła, choć bardzo rozciągnęła się w czasie. Tego bowiem dnia odbywał się bardzo ważny mecz międzypaństwowy Indii z Pakistanem w krykieta i cały personel lokalu pochłonięty był śledzeniem transmisji tv. Żeby uprzytomnić sobie jak beznadziejna była sytuacja zgłodniałych konsumentów trzeba wiedzieć, że krykiet to gra w Indiach tak popularna jak piłka nożna w Europie czy Ameryce Południowej, przy czym jeden mecz trwa cały dzień. To co najbardziej nas zaciekawiło, podczas objazdu tuk-tukiem po Fort Kochi następnego dnia, to manufaktura przeróbki imbiru na potrzeby medycyny ajurvedyjskiej, targ rybny oraz pralnia miejska. Praniem zajmują się mężczyźni, którzy stojąc w wodzie po kolona uderzają bielizną o kamienie. Efekty są wyjątkowo dobre co można było stwierdzić na własne oczy. Suszenie ma miejsce na powietrzu, a w odrębnych pomieszczeniach odbywa się prasowanie, pakowanie i załadunek. Pracownicy pralni bardzo chętnie pozują do zdjęć, oczywiście spodziewając się niewielkiej zapłaty (to spostrzeżenie da się upowszechnić na większość miejsc odwiedzanych w Indiach przez turystów).
Po siedmiu dniach opuściliśmy Keralę. Stan o bujnej tropikalnej przyrodzie, wyraźnie bogatszy i zdecydowanie bardziej zadbany niż tereny wokół Delhi w Indiach północnych. Jednocześnie, co ciekawe, obszar silnych wpływów partii komunistycznych, które okresowo dochodzą do władzy i w wielu miejscach manifestują swoją obecność przy użyciu symbolu sierpa i młota. Drogę do Bangalore przebyliśmy drogą lotniczą.

BANGALUR (Bangalore) mówi się o nim, że jest w Indiach najmniej indyjskim miastem. Leży w południowej części płaskowyżu Dekan, w stanie Karnataka, na wysokości 950 m n.p.m. i wyróżnia się łagodnym klimatem. Dzięki licznym parkom Bangalore było do niedawna nazywane „miastem ogrodów”. Dziś trudno zaakceptować ten ekologiczny przydomek, gdyż z powodu szczególnej prosperity i związanej z tym motoryzacji przoduje pod względem zanieczyszczenia spalinami. Na tle innych miast indyjskich robi jednak dobre wrażenie – wydaje się być bardziej uporządkowane, relatywnie czystsze i zdecydowanie nowocześniejsze. W centrum znajduje się wiele budynków powstałych w czasach kolonialnych o ciekawej architekturze neogotyckiej. Niegdyś było to miasto zamożnych Hindusów, którzy osiedlali się tutaj w wieku starszym. Dzisiaj to wielkie centrum nowoczesnego przemysłu nazywane indyjską „krzemową doliną”. Niektórzy szacują, że jest to trzecia technopolia świata. Jeszcze w latach 60-tych zaczęto grupować tu zakłady przemysłu lotniczego, obrabiarkowego, elektronicznego, włókienniczego, korzystając z nowoczesnych licencji. Stworzono, wzorując się na przykładach europejskich, także wiele obiektów socjalnych jak ambulatoria, kantyny, świetlice, baseny. Przykładem tego były wybudowane przez Szwajcarów zakłady firmy Oerlikon. Obecnie Bangalore skupia wielu młodych, dobrze wykształconych pracowników, którzy zatrudnieni są m.in. w filiach licznych firm zagranicznych. Szerokie rzesze młodych ludzi znajduje także pracę w usługach o zasięgu globalnym, np. w call centers lub w firmach działających w sektorze outsourcingu. Do najbardziej poszukiwanych na rynku pracy należą informatycy. Przejawem westernizacji w handlu są domy handlowe (w Indiach handel pozostaje rozdrobniony), a w sferze obyczajowej choćby fakt, iż większość młodych dziewczyn, w przeciwieństwie do rówieśnic z innych miast, rzadko kiedy ubiera się w tradycyjne sari. Bangalore jest dziś jednym z najszybciej rozwijających się miast w Indiach i należy przypuszczać, że odgrywać będzie kluczową rolę na drodze Indii do osiągnięcia pozycji trzeciej potęgi świata. Jest, obok Bombaju, najbardziej kosmopolityczną metropolią Indii. Spotkać tu można wielu Europejczyków, Australijczyków i Amerykanów zatrudnionych w charakterze managerów i szkoleniowców. Hindusi są uprzejmi i chętni do pracy, wyraża się to jednak przede wszystkim w sferze deklaracji. Trudno jest więc wyegzekwować od nich pracę w tempie zbliżonym do wydajności światowej, choć z drugiej strony bardzo cenią fakt posiadania zajęcia i obawiają się jego utraty. Poza tym bardzo przestrzegają rytuałów religijnych i o określonych porach dnia pogrążają się w modlitwie, mając do tego w biurach specjalnie wyznaczone pomieszczenia. Kierowcy taksówek i motoriksz mają swoje ołtarzyki na tle przedniej szyby i nie przerywając prowadzenia pojazdu odprawiają modły połączone ze śpiewem. Takie zachowania obserwuje się w całych Indiach. W Bangalore życie rozrywkowe rozpoczyna się po godzinie 19 i trwa do 23, gdyż o tej porze zamykane są restauracje. W wielu miejscach można doskonale zjeść mając do wyboru różne kuchnie świata, lecz jak to w Indiach, nawet w nastrojowym półmroku eleganckiej knajpki dostrzec można przemykającego szczura. W tym przyjaznym mieście spędziliśmy kilka dni korzystając z gościny prywatnej. Stąd też zrobiliśmy dwa wypady w celu obejrzenia największych atrakcji turystycznych Karnataki – Mysore i Hampi.

MYSORE jest to niewielkie miasto oddalone o 135 km od Bangalore. Tu na uwagę zasługuje przede wszystkim imponujący wielkością i przepychem Pałac Majsurski, będący siedzibą władcy z dynastii Wodijar. Został wzniesiony w 1912 roku według projektu architekta brytyjskiego w stylu określanym jako indomuzułmański. Wnętrza pałacu są bogato zdobione witrażami, rzeźbionymi drzwiami, mozaikami podłogowymi, ozdobami z kamienia i szlachetnych metali. Jest tych ozdób nadmiar, tak że mimo wielu niewątpliwie przepięknych datali, całość robi wrażenie pałacu Gargamela. Na dodatek zwiedzać go można, niczym świątynię, tylko na bosaka, co przy wątpliwej czystości posadzek jest irytujące. To nasunęło nam refleksję odnośnie przyczyn względnie małego ruchu turystycznego w zakresie przyjazdów zagranicznych do Indii (2,5 mln przyjezdnych w 2003 r.). Wydaje się, że jednym z powodów zniechęcenia potencjalnych przybyszy jest olbrzymia odmienność kulturowa, sama w sobie ciekawa i intrygująca, dopóki nie manifestuje się mnóstwem irracjonalnych nakazów i zakazów, którym bezwzględnie winien się poddać turysta. Oczywistym jest, iż goszcząc w obcym kraju musimy szanować zastane zwyczaje. Jeśli jednak będąc gospodarzami, pragniemy aby nas odwiedzano, musimy w rewanżu szanować gości i ograniczyć względem nich wymagania, które odebrane być mogą jako upokarzające. O ile więc poddanie się nakazowi chodzenia na bosaka i w wymaganym stroju w obrębie świątyni jest bezdyskusyjne, o tyle ten sam nakaz przy zwiedzaniu domostwa sułtana ma prawo budzić sprzeciw wśród tych którzy nie są jego poddanymi i za tę przyjemność muszą bardzo słono płacić. Nad Mysore wznosi się świątynia Camunundeśwari, bóstwa sprawującego opiekę nad mieszkańcami. Atrakcją, która nas bardzo ucieszyła, jest barwny targ Dewaradża wypełniony kwiatami, owocami, kadzidłami i przyprawami. Wart obejrzenia jest także pałacyk, będący siedzibą letnią Sułtana Tipu, znajdujący się w Srirangapatnam oddalonym16 km od Majsuru.

HAMPI. Drogę z Bangalore do Hampi (stacja Hospet, dystans 364 km) i z powrotem pokonaliśmy pociągiem Hampi Express. Podróż, trwająca całą noc, stanowiła przeżycie mało sympatyczne, mimo odbycia jej w najwyższej klasie 1AC. Najbardziej odrażający był zapieczony brud w całym wagonie (przyznać trzeba, że przynajmniej pościel była w miarę czysta), karaluchy na szmatach pełniących rolę firan i towarzystwo myszy w przedziale, a wszystko to za kwotę porównywalną z ceną biletu lotniczego na kilkuset kilometrowej trasie. Zaskakującym zwyczajem kolei indyjskich jest to, że aby zidentyfikować miejsce przydzielone w drodze rezerwacji należy, po podstawieniu pociągu na peron, odnaleźć swoje nazwisko (napisane w transkrypcji hindu !) na jednej z list pasażerów, które są przyklejone do poszczególnych wagonów. Hampi to zaskakujące swym wyglądem miejsce w centrlanej częsci Dekanu, rozpościerające się nad brzegami rzeki Tungabadhra. Tutaj przed wiekami znajdowała się stolica państwa Widżajanagar. Miejsce to wyróżnia się nie tylko wyjątkowo wysokimi temperaturami, zadziwiającym krajobrazem ale przede wszystkim kamiennym miastem. To właśnie dzięki cechom suchego klimatu stare budowle zachowały się w stanie doskonałym. Powstały one w latach 1377 – 1576. Jest to cały kompleks świątyń, pałaców i budynków gospodarczych. Obiekty wykorzystywane dla potrzeb świeckich znajdują się wewnątrz ufortyfikowanej cytadeli. Wśród licznych budynków sakralnych wyróżnia się świątynia Witthalaswamiha z budzącym podziw rydwanem tryumfalnym oraz świątynia nad rzeką do której prowadzi most kamienny. Podziwiać tu można kąpieliska i łaźnie z których korzystali mieszkańcy, a także stajnie dla słoni, posągi bogów i wiele innych kamiennych rzeźb i ornamentów wykonanych z niesamowitym pietyzmem. Materiałem z którego zbudowano całe miasto jest granit, a więc skała trudna w rzeźbiarskiej obróbce. Mieszkańcy Hampi żyli w dobrobycie zajmując się uprawą, handlem przyprawami i jedwabiem. Dzisiaj głównymi lokatorami zabytkowych ruin są małpy, które z dużym zainteresowaniem przyglądają się zwiedzającym. Hampi ze względu na swoje walory historyczne znalazło się na Liście Światowego Dziedzictwa Kultury i Natury UNESCO. Niezapomnianego uroku całej okolicy dodaje oryginalny krajobraz. Generalnie, teren jest zupełnie płaski, zrównany w procesie erozji, trwającej nieprzerwanie przez ponad 2 miliardy lat. Jest to bowiem fragment tarczy indyjskiej, która od proterozoiku nie uczestniczyła w procesach tektonicznych. W miejscach, gdzie denudacja nie dokończyła jeszcze dzieła całkowitego zrównania terenu, piętrzą się izolowane bloki i blokowiska granitowe, tworzące niekiedy fantazyjne wietrzeniowe formy geomorfologiczne. Gdzieniegdzie na blokach mniejszych, silniej zerodowanych, zalegają większe, bardziej odporne na wietrzenie, co sprawia wrażenie, że układ skał zachowuje równowagę wbrew prawom fizyki. O ile bloki skalne pozbawione są roślinności, to w ich otoczeniu, na terenach płaskich rozpościerają się zielone pola ryżowe oraz plantacje bananowców. Okolice Hampi ostatnio rozwijają się intensywnie rolniczo i przemysłowo. Przyczyniło się do tego wybudowanie zapory na rzece Tungabadhra, utworzenie tam wielkiego zbiornika retencyjnego i uruchomienie elektrowni (co nie przeszkadzało ustawicznym wyłączeniom prądu). Odkrywkowo wydobywa się tutaj rudy żelaza oraz eksploatuje granity na materiał budulcowy. Podobnie jak i w innych miejscach Indii uwagę naszą przykuwali liczni mali mieszkańcy uczęszczający do okolicznych szkół. Uśmiechnięci, czyści, ubrani w jednolite kolorowe stroje, chętnie pozowali do zdjęć i nienachalnie dopraszali się o długopis jako dowodu wdzięczności. Warto mieć ze sobą większą ilość takich upominków. Obserwując te dzieci trudno wyobrazić sobie ubóstwo domów z których pochodzą. Na pobyt w Hampi najlepiej przeznaczyć przynajmniej dwa dni. My zatrzymaliśmy się w ośrodku, położonym na przeciwległym brzegu rzeki w Virupapur Gadde (Shree Laxmi Golden Beach Resort), złożonym z kilku bungalowów, doskonale wkomponowanym pod względem prostoty architektury i ogólnego klimatu do zabytków tego miejsca. Ze względu na znaczne odległości pomiędzy zachowanymi fragmentami starego miasta nie sposób poruszać się pieszo. W końcu mieszkało tu ponad pół miliona osób. Turystów z Europy czy Ameryki dociera tu stosunkowo mało, ze względu na uciążliwość komunikacyjną. Jak wyjaśnił nam przewodnik najczęstszymi przybyszami są Izraelczycy. Na zakończenie dwudniowego pobytu w Hampi, gdy przyszło rozliczyć się za taksówkę, która transportowała nas z dworca w Hospet do hotelu i następnego dnia z powrotem, oraz pierwszego dnia pobytu do najbardziej oddalonych ruin, przeżyliśmy nieprzyjemne rozczarowanie wysokością żądanej zapłaty. W Indiach nie wolno zapomnieć o tym, że w przypadku jakiejkolwiek usługi należność musi być szczegółowo uzgodniona wcześniej, niezależnie od tego, że wydaje nam się iż znamy obwiązującą na danym terenie stawkę. To wszechogarniające nastawienie, aby przy każdej okazji oskubać turystę na ile się tylko da, jest kolejnym czynnikiem zniechęcającym do odwiedzania Indii.
MUMBAI (Bombaj). Stolica stanu Maharashtra, położona na wyspie Salsette na Morzu Arabskim. Miasto to wywarło na nas mieszane wrażenia. Bez wątpienia widać minioną jego świetność. Jednak wiele wiktoriańskich budynków mieszkalnych, powstałych z niesłychanym rozmachem, dzisiaj budzi grozę ze względu na stopień zniszczenia i oszpecenia licznymi dobudówkami. Aż trudno uwierzyć, że miasto tak wybitnie kosmopolityczne i najszerzej w Indiach otwarte na świat, będące finansową stolicą kraju z giełdą, siedzibami licznych banków i korporacji, a także najważniejszy port morski nad Morzem Arabskim i centrum przemysłu filmowego (tzw. Bollywood), nie potrafi wyegzekwować od mieszkańców city należytej dbałości o stan techniczny zajmowanych posesji. Bombaj przyciąga także wielu imigrantów poszukujących możliwości zarobkowania, z których część nie znajduje zatrudnienia i powiększa liczbę biedoty zamieszkującej rozrastające się slumsy. Przerażający widok na wielkiej przestrzeni w pobliżu lotniska można obserwować z okien samolotu. Historycznie rzec biorąc, szybki rozwój tego miasta rozpoczął się od momentu przejęcia nad nim władzy przez Portugalczyków, a następnie Brytyjczyków oraz budowy Kanału Sueskiego. Przez wiele lat Bombaj był wydzierżawiony angielskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Obecnie jest 6 co do wielkości metropolią świata z liczbą mieszkańców przekraczającą 17 mln. Warto jest przejść się pod Wrota Indii (Gateway of India) wzniesione jako łuk triumfalny upamiętniający pobyt w Indiach w 1911 roku brytyjskiego króla Jerzego V i królowej Marii. W pobliżu wybudowano najbogatszy i najpiękniejszy hotel Bombaju – Taj Mahal przeznaczony dla hinduskiej elity finansowej nie wpuszczanej niegdyś do hoteli Europejczyków. Oprócz licznych obiektów sakralnych powstałych za czasów Brytyjczyków i Portugalczyków na uwagę zasługują budynki wiktoriańskie w których mieszczą się m.in. sąd, uniwersytet, poczta główna, dworzec kolejowy Victoria Station, muzeum Ksiecia Walii, którego oficjalna nazw brzmi Chatrapati Shivaji Museu. W centrum miasta, jako pozostałość starych czasów, ciągle pielęgnowane i używane są pola do krykieta. Wieczorową porą życie skupia się na nadmorskiej promenadzie. I tutaj dotarła moda na bieganie w dresach pomimo, że klimat jest szczególnie uciążliwy w wyniku połączenie ekstremalnej temperatury z maksymalną wilgotnością powietrza. Być może nasze nienajlepsze wrażenia z Bombaju wynikają poniekąd z marnego samopoczucia wywołanego drakońsko dokuczliwą aurą. Wydawało nam się wówczas, że takie właśnie warunki panować mogą w piekle. To co dodatkowo dołowało nasz nastrój to olbrzymia liczba żebrzących dzieci, czyniących to w sposób agresywnie natrętny i uprzykrzający wędrówkę po mieście. No i wszechobecni naganiacze, przy których strach zainteresować się czymkolwiek w obawie, że się człowiek od nich w życiu nie odczepi. Najprawdopodobniej skutek działania naganiaczy jest dokładnie odwrotny od zamierzonego.
Ostatni nocleg w Indiach i bladym świtem wyruszamy na lotnisko skąd przez Helsinki lecimy do kraju. Kiepski nastrój wywieziony z Bombaju wcale nie poprawia się w samolocie, gdzie nie wiedzieć czemu Finnair karmi wszystkich potrawami wyłącznie wegetariańskimi. Na dokładkę na lotnisku w Helsinkach przechodzimy perwersyjnie dokładną kontrolę bagażu podręcznego w celu wykrycia wszelkich możliwych płynów w ogólnej ilości powyżej 100 ml. Po kilku godzinach oczekiwania na połączenie i godzinnym locie lądujemy w Warszawie. Jesteśmy u siebie – dziewiczy Terminal 2 im. Fryderyka Chopina. W pustce i głuszy dokładnie pół godziny oczekujemy na bagaże (równolegle obsługiwane są zaledwie dwa niewielkie samoloty).

WARSZAWA – Przez pierwsze dni po powrocie z Indii patrzymy na Warszawę zgoła innym okiem. Po raz kolejny uświadamiamy sobie w jak wielkim stopniu nasze oceny uzależnione są od punktu odniesienia. Okazuje się, że Warszawę można postrzegać jako miasto czyste, ze sprawną komunikacją i równymi chodnikami, w którym kierowcy jeżdżą z należytą uwagą respektując obowiązujące zasady. I ma to miasto nawet swoją palmę.

dr Izabella Dzierżanowska

 
Centrum Medyczne ZdrowieGeoleasingUczelnia Warszawska im. Marii Skłodowskiej-Curie
ul.Łabiszyńska 25 03-204 Warszawa Tel. (0-22) 675 88 65 , Fax (0-22) 675 88 66

Copyright 2007© 3w-Media [kontakt@3wm.pl]